sesja GEN. K. RUDNICKI we wspomnieniach

godz. 16-18 10.11.2019

w siedzibie stowarzyszenia

ZAPRASZAMY

 

Klemens Rudnicki „Na polskim szlaku. Wspomnienia z lat 1939-1947”, wyd. LTW, Łomianki 2016. 

 

Fragmenty recenzji Michała Żarskiego.
https://wpolityce.pl/kultura/307118-na-polskim-szlaku-wspomnienia-z-lat-1939-1947-recenzja

Wydaje się nam, że o II wojnie powiedziano wszystko, a co jakiś czas okazuje się, że na światło dzienne wychodzą kolejne wspomnienia i pamiętniki. Ten zaś jest szczególny, bo jego autor, Klemens Rudnicki, walczył najpierw w Kampanii Wrześniowej, potem został aresztowany na terenach zajętych przez Związek Sowiecki a po zawarciu układu Sikorski – Majski ruszył na bojowy szlak z armią generała Andersa, po czym osiadł na emigracji w Londynie. Jego opowieść jest więc symbolem tułaczki polskiego żołnierza oraz tragicznej historii Polski. „Na polskim szlaku” ukazało się najpierw w Londynie, nakładem oficyny Gryf. Potem w latach 80. opublikowano tę książkę w drugim obiegu. W trakcie przemian ustrojowych publikacja miała dwie, niezależne od siebie edycje. Pierwsza z nich wyszła dzięki Ossolineum, druga – wydawnictwu Rytm, wcześniej podziemnemu. 

Wspomnienia te ukazują się w dodatku w szerszej edycji, gdyż do tekstu głównego zostało dołączonych kilka aneksów. Pierwszym z nich są „Obrazki rodzinne” napisane przez siostrę autora – Wandę. (…) Zawierają relacje z Kresów, które obejmują nie tylko historię rodziny Rudnickich, ale obserwacje obyczajowe i etnograficzne.(…)

Czytając wspomnienia Rudnickiego, nie sposób nie zwrócić uwagi na honor autora.(…) 

Wspomnienia Klemensa Rudnickiego to spotkanie ze światem już nieistniejącym, nie tylko z powodu kresowej mentalności autora, ale i gruntownej wiedzy humanistycznej. (…) Kolejnym powodem jest wewnętrzna siła polskiego oficera. Autor, co zaznacza zaledwie kilka razy, przez całą wojnę nie widział ani żony, ani córek. Nie wiedział, co się z nimi stało, nie mając pewności, czy przeżyły wkroczenie Armii Czerwonej. Nie myślał o sobie czy o szczęściu własnym, mając jeden cel – niepodległą Rzeczpospolitą. A że w dodatku opisuje swoje przeżycia ze swadą, nierzadko z poczuciem humoru i bez fatalizmu, czyta się je jak awanturniczą powieść przygodową.

 

Jacek Czeczot Gawrak

Generał Klemens Rudnicki – jak go pamiętam

Rozliczne zbiegi okoliczności spowodowały, że zawiązała się między nami zażyłość i mogłem go stosunkowo dobrze poznać.

Po tylu latach jego postać nadal bowiem stoi przede mną z całą energią jego osobowości. Wysoki, barczysty, niezwykle elegancki, o filmowej urodzie i niebywałym uroku mężczyzna. Jedna dłoń nie w pełni władna przypominała wojenne czasy. Na palcu ciężki, stary, rodowy sygnet. Charakterystyczny głos z ciepłym, wschodnim akcentem ostro kończący sylaby – zapewne pozostałość po służbie w wojsku austriackim. Nie było tam nic władczego, ale bił z niego autorytet. Czuło się od razu głęboko zakorzenione honor i prawość wypływające z wychowania. Było w nim coś z conradowskiego kapitana Lingarda.
Kiedy go poznałem, gdzieś w 1974 roku, mieszkał w Northwood pod Londynem.
Przy bocznej, porośniętej drzewami uliczce, stał stosunkowo duży dom z wielkim ogrodem. W salonie wisiało sporo niezłych obrazów, przeważnie angielskich. Wśród nich duża rzadkość -mały owalny pejzaż Richarda Wilsona. Była to pozostałość po antykwariacie, który założył po wojnie. W bocznym pokoju, zwanym studiem, dwa duże olejne pejzaże z wrażliwie oddaną przestrzenią powietrzną, zwróciły moją uwagę. – Podobają się? Malowałem je lata temu… -uradował się generał. Na sztalugach, niegdyś generała Andersa, stał inny niewykończony szkic. Z czasem poznałem więcej jego niezwykłych umiejętności. Władał znakomicie pięcioma językami, oczarowywał błyskotliwą inteligencją, dowcipem i niezwykłym urokiem osobistym. Po wojnie opanował, i to dobrze, sztukę konserwacji malarstwa. Tak elegancka i barwna sylwetka zrazu nie mieściła się w moich wyobrażeniach dowódcy ostatecznego natarcia na Monte Cassino, wyzwoliciela Bolonii, czy niegdyś więźnia rosyjskich łagrów. Wpisywał się bardziej w brytyjski klub oficerski, gdzie zresztą często bywał, wielce szanowany, z miejscem przy stole stosownym do rangi i pozycji.
Przepadał za ruletką i czasami towarzyszyłem mu w wieczornych eskapadach do kasyna. Można wierzyć, lub nie, ale nie przegrywał. ”Nie wolno grać przeciw szczęściu” było jego dewizą. Jeżeli nie szło, zostawiał grę na jakiś czas.  Grał dla przyjemności, podobnie jak przepadał za brydżem. Kiedy zaczął zawodzić go wzrok i zaprzestał konserwacji, podjął się roli przewodnika eleganckich, kilkuosobowych grup turystów zwiedzających Włochy, czy Francję. Włochy były mu szczególnie bliskie. Matka jego z domu zwała się Scazighino, a wojna i Monte Cassino zbliżyły go jeszcze do tego kraju. Włoską kulturę znał świetnie. Jego dawną wielką pasją była natura i polowania. Knieję, czy raczej puszczę na terenach, gdzie stał jego rodzinny dwór potrafił ukazać w słowach, które zapadały na zawsze w pamięć. Pozostał mu z dzieciństwa bajeczny talent naśladowania głosów ptaków, zaś opowieści o zwyczajach zwierząt i anegdoty myśliwskie nie miały sobie równych….” W wojskowej rodzinie był do końca autorytetem we wszystkich sprawach, nie tylko poważnych, ale ściśle osobistych i to dla ludzi o historycznych nazwiskach. „Pamiętaj”, powiadał, „można się pomylić, ale błędu zrobić Ci nie wolno”… Do najbliższych mu ludzi zaliczał się generał Maczek, w którego 90-tych urodzinach miałem zaszczyt brać udział. To po nim generał przejął I Dywizję Pancerną.
Odwiedził Polskę po wojnie dwa razy. Najpierw razem z prezydentem Kaczorowskim, podczas oddania insygniów prezydenckich, jako naczelny dowódca sił zbrojnych na obczyźnie. Bardzo już wtedy źle widział.
Druga wizyta odbyła się na zaproszenie Ś.P. profesora Aleksandra Gieysztora, ówczesnego dyrektora Zamku Królewskiego w Warszawie. Okazją było otwarcie Dawnej Izby Poselskiej w Zamku Królewskim. Wkrótce potem odbyła się inna uroczystość w Krakowie. Generał zwracał insygnia pułkowe w ręce sióstr Niepokalanek. Te same, które otrzymał z rąk przeoryszy Anunziaty w 1939 roku idąc na front, jako dowódca 9 pułku ułanów małopolskich. W tak honorowy i piękny sposób zakończył swoją wojenną drogę.

Wspomnienia Autora o gen. Klemensie Rudnickim można przeczytać w pełnej wersji na DZIEJE SIĘ https://natemat.pl/blogi/jacekczeczotgawrak/224495,general-klemens-rudnicki-jak-go-pamietam